Opusczam Stryj wczesnym rankiem i ruszam prosto na dworzec złapać elektryczke, bilety są tanie a ja nie mam ochoty przedzierać się przez główne arterie w drodze do Wołowca.
Opłacony ja, opłacony rower, zostawiam go w przejściu między wagonami. Siadam, patrzę jak drzewa powoli przewijają się przez ekran okna i słucham cygańskich instrumentów rozbrzmiewających w drugim końcu wagonu.
Niemalże niezauważam swojej stacji docelowej - sprawy wyglądają zupełnie inaczej z perspektywy pasażera pociągu. Gdy pakuję rower na uboczu torowiska dołącza do mnie stary lokals na pogaduchy. Wyciągamy co najlepsze z mojej ubogiej wiedzy na temat ukarińskiej i rosyjskiej mowy. Jest rozmowny, to wystarczy. Nieopodal stacji uzupełniam zapasy w sklepie z Polskimi kartonami z importu. Porządna piramida żywienia powinna zaczynać się od lodów i czekolady, następnie mięsa, sera, owoców z chlebem na samym końcu. Zasady dobrego odżywiania nie są mi obce i podążam za tymi wytycznymi, które znalazłem na opakowaniu ciasteczek.
Słyszę szelest folii, następnie chrupanie dochodzące do mnie przez kości rzuchwy, słońce nie odpuszcza mojej skórze.
Słyszę szelest folii, następnie chrupanie dochodzące do mnie przez kości rzuchwy, słońce nie odpuszcza mojej skórze.
Na dziś celuję w Kołoczawę, tam właśnie czeka Polonina Krasna. Po ponownym wkroczeniu w góry mogę znów cieszyć się przydrożnymi źródełkami najprawdziwszej wody mineralnej, rdzawy nalot zdobi miejsce w którym woda uderza o wodopój. Piję i mocny zapach powoli wpełza w nozdrza, bąbelki przyjemnie drapią w gardło. Zdaje się, że jestem poniżej tutejszej średniej wieku o jakies 25 lat.
Nie spotkałem do tej pory zbyt wielu rowerzystów w tych stronach. Tak właściwie to on jest jedynym, do tego wygląda na bikepakera. Sasza, o ile mnie pamięć nie myli. Zerkamy na nasze rowery, torby i graty, niczym psy obwąchujące się po raz pierwszy. Przeciwne kierunki kładą szybki kres naszej znajomości.
Za Miżhirją kręcę w górę, prosto w deszczowe chmury.
Na godzinę przed Kołoczawą odwiedza mnie deszcz i doceniając moje starania eskortuje mnie do wioski. Na wlocie moją uwagę zwraca nietypowy znak, dwujęzyczny po Ukraińsku i Czesku. Hospoda. Tego teraz mi potrzeba, zimnego piwa. Piiiissssk! Robi brama, gry wkraczamy na włości. Tam mikstura lokalsów i czeskich turystówm którzy wpadli na ten sam pomysł, na długo przedemną. Mają darmowe WiFi, w takim miejscu należy to docenić. Sprawdzam prognozę na najbliższe 2 dni i szybko podejmuję decyduję o zdobyciu informacji ileż należy się za miejsce. Około 20 złotych za pojedyńczy pokój, podwójne łóże, balkon i suchy łeb wydaje się rozsądną ceną. Na dole czekają czeskie smakołyki.
Gospoda ma przyjemny klimat ze znajomymi artefaktami.
Smažený sýr , piwko, WiFi i Skype, oto wieczorna kolacja z przyjacielem. Można czepiać się do nowoczesnych technologii, trendów i tego jak wpływają na naszą interakcję z najbliższym otoczeniem, ale kurde w chwilach takich jak ta fajnie jest mieć cały ten kram pod ręką.
Kolejny dzień niesie ze sobą kolejne deszcze, korzystam z okienka pogodowego i ruszam na przejażdżkę po okolicy. Niegdyś przez tę dolinę przebiegała droga asfaltowa i most, do momentu aż nie zabrała ich rzeka.
Ruszam w kierunku niedaleko położonego zbiornika retencyjnego.
Mijając posągi ludzkości...
…natury…
…i konsumpcji.
Cztery hrywny za kieliszek, nalewka z chrzanem. Moje lekarstwo. Ogromny typ za barem ma włochate ramiona, włochatą twarz, łysą głowę i niedocenia mojego poczucia humoru, gdy nazywam go swoim lekarzem. Grozi mi grzywna odstawienia od alkoholu. Potrzebuję tego lekarstwa psiamać, nieco boli mnie gardło, lepiej zająć się tym teraz.
Dwie deszczowe noce później zza chmur wyziera słońce. Idziemy się razem pobawić.
Czerwono-białe wskazuje na zielone, zielone wskazuje do góry przez cudze ogródki.
Kołoczawa.
Przez zielone wrota wkraczam na Połoninę Krasną.
Oto mój najczęstszy widok na stromych podejściach.
Gdy się wypłaszcza widzę to.
W chwilach osamotnienia szukam nowych znajomości.
I w dół do Ust-Czornej.
Ludzie tutaj są zupełnie inni od tych z Kołoczawy. Przyjaźni, pomocni, uśmiechnięci, otwarci, gotowi do pomocy miast do ocyganienia przy warzywniakowej kasie. Podczas przeszukiwania okolicy za miejscem do noclegu spotykam Lusię i Władimira, czeską parę podróżującą z plecakami po ukraińskich Karpatach. Wracają ze stron, w które ja jadę, idą gdzie ja byłem. Dzielimy się skrawkiem ziemi na starym stadionie położonym tuż przy rzece, wódką, piwem, jedzeniem i opowieściami.
Organizuję jedzenie na wieczór, starsza Pani odmawia sprzedania mi brzydko wyglądających pomidorów, miast tego kieruje mnie w góre wioski do innego sklepu. Ciężko znaleźć warzywniak znajdujący się w czyimś przedsionku. Papryka, pomidory, cebula są moje.
Następny poranek jest świeży i mglisty. Czyste, białe opary spełzają w dół doliny ocierając się o wierzchołki drzew.
Szutrów mnogość wije się wzdłuż i wszerz doliny Brusturanki. Wymarzone szlaki, które doprowadzą mnie na drugą stronę Połoniny Świdowiec.
Wody nie brakuje, nawet stylowa filiżanka dla tych co zapomnieli swojej.
Niebiesko-żólta jest Ukraina.
W samym środku nikąd. Oddalony o trzy godziny jazdy, pchania i noszenia od najbliższej wioski.
W górę, tam gdzie można spotkać szlaki jakby żywcem przeniesione z Polski. Jadę przez wyimaginowaną ojczyznę z podniesionymi kącikami ust.
Przełącz Czarnej Tisy, tuż nad Jasinią.
Zjeżdżam w dół przez tereny pastewne z uczuciem, że oglądam młodość mojej babci, chociaż ona nie miała wtedy komórki.
Potrzeba nam kąpieli, nowego, czystego wyglądu zanim wkroczymy do miasteczka.
Tuż przed Rachowem dopada mnie burza. Na miejscu szukam Turbazy. Wchodzę i stoję przy recepcji, naprzeciw młoda, czarnowłosa, dobrze wyglądająca dziewczyna, w dłoni ma mój paszport. Wikłamy się w rozmowę pełną mojego słabego Ukraińskiego i jej słabego Angielskiego. Wtedy wkracza do hotelu mały, łysy, jowialny Pan wymachujący Słowackim paszportem, poczym spływa do moich uszu czystą polszczyzną. Z jego pomocą ustalamy nieścisłości. Ma ze sobą podarunek dla dziewczyny, czekoladę studencką z gumisiami - rarytas także dla mnie. Około 15 złotych kosztuje mnie suchość, prysznic, cztery łóżka do wyboru i dyskoteka strzelająca w moje okna laserami i bitami. Wybieram łóżko z pościelą Barbie.
Wieczór spędzam z Milanem, słuchając jego opowieści o podróżach po Ukrainie, biznesach z salami i czekoladą, jego kobietach i numerologi związków. W Rachowie szuka "starego", następnego ranka i ja dołączam do poszukiwań.
Milan nalega, abym został jeszcze jeden dzień. Razem moglibysmy zawojować nocny Rachów, miast tego decyduję się na szlankę zimnego kwasu i ruszam na asfalt.
Zostawiam wzgórza za sobą, kieruję oczy i pedały w stronę granicy z Rumunią - Sołotwina.
Dużo dobrego mtb zostało zaklęte w tym 1000 km. Nie zwracajcie uwagi na skarpetki.
Na misjscu stoję na moście, tuż przed przejściem granicznym. Przede mną Rumunia, więcej Karpat, wiecej jazdy, więcej samotnego kręcenia. Wiem, że Nick i Lael właśnie ruszają z rodzinnych stron do Lwowa i dalej w góry. Takich dwoje jak nas troje nie ma ani jednego. Rumunio, nie ruszaj się z miejsca! Załapuję się na 16 godzinny pociąg. W kasie brak biletów, płacę u konduktora jakieś grosze, nie dostaje biletu, za to dostaje wskazanie gdzie mam siedzieć. Po chwili wyganiają mnie kobiety z wykupionymi plackartami, ostatecznie znajduję wolne miejsce przy oknie, tylko po to żeby chwilę później jakiś starszy gość wcierał swój tyłek w moje nogi. Uciekam na górę, do klasy bagażowej, do roweru. Twardo lecz przytulnie. Przesypiam większość drogi do Lwowa, do Nicka i Lael, do przyjaciół.
Duszo, jesteś ostry gość! Na tzw."trzeciej" półce nie każdy wytrzyma!
OdpowiedzUsuńWital, chciałem na początku mieć klase komfortową i nadmuchać materacyk, ale wtedy sam bym się nie zmieścił! Ostatecznie nie było tak źle - chociaż do Simferopola to nie wiem czy bym dał rade :)
UsuńWspaniały opis wycieczki. jak widać na takich wycieczkach można poznać wielu fajnych ludzi. niewygody nie ważne, najważniejsze widoki i to co zwiedzimy i przeżyjemy. Jazda na rowerze jest super. A jeszcze w takich krajobrazach to już w ogóle. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń